Drugi natychmiast sprostuje: materiał równy, spójny, ale letni. Brak potężnych bangerów w stylu "Lights & Music" i "Out There on the Ice" czy uniwersalnych wytrychów, jak pamiętne "Hearts on Fire". Jeden pisze, że Cut Copy w końcu dojrzeli, drugi, że nagrali płytę o kilka indeksów za długą, a trwający kwadrans szalony closer to nie narkotykowy trip, a co najwyżej poza na Gus Gus. Ostatecznie będą się musieli zgodzić w jednym: w samym zeszłym roku preferowana przez Australijczyków formuła natrafiła na takich realizatorów jak James Murphy (LCD Soundsystem), Dan Snaith (Caribou) czy Benjamin Plant z przyjaciółmi (Miami Horror), więc Cut Copy po prostu nie mogli zaproponować niczego nowego. Od pierwszego recenzenta, który niekoniecznie szuka rewolucji za każdym rogiem i nadal jara się ejtisami, "Zonoscope" dostanie mocne 7. Od drugiego, który nie potrafi się bawić i kompensuje to sobie analizami oraz dobrą pamięcią, naciągane 5. Bawię się w niego, choć z "Zonoscope" nie zapamiętam wiele.
"Zonoscope"
Universal
5/10




















