Ten gong w intro mógłby zwiastować raczej spotkanie z zawodnikiem sumo niż jednorękim bandytą. Ale o żadnym zwolnieniu tempa czy ociężałym brzmieniu nie ma mowy – wystarczy wsłuchać się w promujący płytę tytułowy singiel. Jaga Jazzist z niesłabnącą determinacją próbują dobić do punktu, w którym piosenki z nośnika zabrzmią tak samo zdecydowanie i przekonująco jak w sali koncertowej. I wraz z wydaniem „One-Armed Bandit” są coraz bliżej celu. Muzyka dziewięcioosobowego kolektywu z Norwegii jest trochę jak „Gra w klasy” Julio Cortázara – wielowątkowa opowieść, którą można czytać na różne sposoby, otwierając przed sobą kolejne pola interpretacji. Jazzrockowy tygiel z ukłonem w stronę chicagowskiej estetyki post (John McEntire za konsoletą mikserską robi swoje), napędzany progresywnymi trickami, pomiędzy którymi swobodnie znajduje się miejsce dla filmowych pejzaży. Instrumentalna kawalkada Norwegów z nawiązką (ten kompozycyjny rozmach!) wynagradza ponad cztery lata, które minęły od wydania „What We Must”
8/10


























