Miarowy puls, zwolnione tempa, melodramataczny fortepian i notorycznie zawieszany w przestrzeni wokal. Ja to przeżywam jak jakiegoś Hitchcocka, a koleżanki obgryzają paznokcie. Au. Szacun wtajemniczonych Blake zdobywał zjawiskowymi EP-kami, odpowiednio obnażającymi różne jego oblicza, od dubstepowego objawienia po zbolałego barda. Płyta podszyta jest ambicją niemal nierealnego: stworzenia albumu skończonego, esencjonalnego, sumującego dotychczasowe wprawki Blake’a. Stąd miejski bit skrzyżowany z piosenką autorską spod znaku egzaltowanych pieśniarzy (w tym miejscu najczęściej wskazuje się Antony’ego, przez ten nieszczęsny fortepian). Zarzuca się Blake’owi wtórność i błądzenie po ścieżkach wydeptanych przez starszych i mądrzejszych. Okej, pojedyczne elementy nie są szczególnie nowatorskie, ale ich zestawienie – już tak. Poza tym tu potęgą są emocje – skrajne, ale wyłożone w chłodny, zdystansowany sposób. Blake buduje dramaturgię z matematyczną precyzją, co paradoskalnie nie przeszkadza mu zaskakiwać. Najczęściej, no właśnie, ciszą. Między słowami.
James Blake
Universal
8/10




















