RECENZJE / MUZYKA
James Blake
JAMES BLAKE
Tekst: Angelika Kucińska    
2011.03.22
Kocham. Pauza. Jamesa. Pauza. Blake’a. Pauza. To prawda, że już dawno nikt tak nie podkręcał napięcia, milcząc. Ta cisza jest inwazyjna. Ta cisza boli. Ta cisza ogłusza. Debiutujący właśnie pełnym metrażem producent z Londynu – zgodnie wytypowany przez brytyjskie media do miana jednego z najbardziej obiecujących wykonawców tego roku – stawia na ascezę środków, ale absolutnie błyskotliwie wykorzystanych.

Miarowy puls, zwolnione tempa, melodramataczny fortepian i notorycznie zawieszany w przestrzeni wokal. Ja to przeżywam jak jakiegoś Hitchcocka, a koleżanki obgryzają paznokcie. Au. Szacun wtajemniczonych Blake zdobywał zjawiskowymi EP-kami, odpowiednio obnażającymi różne jego oblicza, od dubstepowego objawienia po zbolałego barda. Płyta podszyta jest ambicją niemal nierealnego: stworzenia albumu skończonego, esencjonalnego, sumującego dotychczasowe wprawki Blake’a. Stąd miejski bit skrzyżowany z piosenką autorską spod znaku egzaltowanych pieśniarzy (w tym miejscu najczęściej wskazuje się Antony’ego, przez ten nieszczęsny fortepian). Zarzuca się Blake’owi wtórność i błądzenie po ścieżkach wydeptanych przez starszych i mądrzejszych. Okej, pojedyczne elementy nie są szczególnie nowatorskie, ale ich zestawienie – już tak. Poza tym tu potęgą są emocje – skrajne, ale wyłożone w chłodny, zdystansowany sposób. Blake buduje dramaturgię z matematyczną precyzją, co paradoskalnie nie przeszkadza mu zaskakiwać. Najczęściej, no właśnie, ciszą. Między słowami.


James Blake
Universal

8/10