Zaczyna się wspaniale. Mateusz Rusin w roli
Hipolita balansuje na krawędzi bycia na scenie i bycia poza nią. Nie
wiadomo, co tu zostało zagrane, a co wplecione w spektakl w wyniku
spóźnienia widzów i szukania kolejnej poduszki. Spontaniczna,
naturalna, śmieszna, nieśpieszna narracja. Jednak „Idiota” Fiodora
Dostojewskiego wymaga czegoś więcej niż umiejętności skupiania na sobie
uwagi przez aktorów. Obraz Rosji i Rosjan drugiej połowy XIX wieku
naznaczony jest dziejowym katastrofizmem. Apokaliptyczna wizja
politowania godnej ludzkiej egzystencji ma silną nadbudowę w postaci
licznych literacko-filozoficznych inspiracji. Dużo tego… w chaosie
znaczeń, słów i gestów aktorzy tworzą barwną galerię postaci
przegranych. Interesujące są te poszukiwania – sensu życia, sensu
śmierci…
Pogubili się nieco wykonawcy, pogubił się reżyser. Gdzieś
ten spektakl i zawarte w nim treści nie wybrzmiewają tak, jak powinny,
nie sklejają się w całość. Jednak budzą sympatię – starania aktorów,
ich zapał, nieśmiałe pierwsze kroki sceniczne. Niczym bohaterowie tego
spektaklu grają ze świadomością tragicznego położenia wobec materii, z
jaką przyszło im się zmierzyć. Lecz gdzie indziej, jeśli nie w szkole
właśnie, jest miejsce na eksperymentowanie ze sztuką i z samym sobą?
7/10























