Procentuje przede wszystkim doskonała analiza tekstu Philipa Rotha i świetna interpretacja. Świadomość nie tylko tego, co chce się powiedzieć na scenie, ale też tego, z czego warto zrezygnować względem literackiego pierwowzoru. A tu liczy się każde słowo, każde pełne bólu westchnienie. Alex Portnoy – centralna postać zmagań z życiem – jest poobijany nie tylko przez osobiste doświadczenia: zawody miłosne, niespełnione seksualne fantazje czy wreszcie uczuciową i religijną opresyjność rodziny. Na kozetce u psychoanalityka wychodzi na jaw, że na kompleksy wyhodowane w dzieciństwie nakładają się też te kulturowe i środowiskowe zależności oraz piętno judaizmu. Portnoy czuje powinowactwo z Narodem Wybranym, dręczy więc siebie, obwinia najbliższych, rani kobiety. Gubi coś po drodze tych zmagań, to na powrót znajduje, by znów za moment utracić w kolejnym natrętnym obłędzie.
Okrutnie to mówić, ale co robić: ta spektakularna szamotanina ducha jest niezwykle fascynującym przeżyciem. Zasługa to i uczciwej reżyserii – wyważonej, konsekwentnej, niefaworyzującej żadnej ze stron, płci, opinii – i aktorów, którzy nie szarżują, są określeni, prawdziwi, naturalni. Często jednym gestem, samą mimiką potrafią zbudować całą gamę odniesień, trzymają widza w garści przez cały spektakl, pokazując spore spektrum możliwości. Higienicznie jest się poodbijać w tym kalejdoskopie postaw, wahań, lęków, nerwic i złudzeń. To miejscami krzywe zwierciadło, a miejscami po prostu my. Każdy z nas jest w przedziwny i jedyny sposób złożony, pokomplikowany, każdy z nas nosi w sobie ten kompleks.
Kompleks Portnoya
Teatr Konsekwentny, Warszawa
Reż. Aleksandra Popławska, Adam Sajnuk
Premiera: 27 kwietnia
10/10




















